poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nie usłyszysz jak krzyczę

Krzyczę!

Ten hałas wwierca się we mnie.

Wewnętrzny krzyk, którego nie umiem uciszyć. Czuję, że tracę siłę. Niemoc, która ogarnęła moje myśli blokuje mnie do bólu.


Styczniowy post miał być standardowy. O planach na kolejny rok, o podsumowaniu ubiegłego i tych wszystkich motywacjach, które wołają do nas zza każdego rogu, jak to w nowym roku przystało.
Będzie jednak bardziej po mojemu.
O tym, co za moim rogiem się czai i bynajmniej nie jest to wspomniana motywacja...

...

Jak to możliwe, że odpowiedzialna, sumienna i obowiązkowa kobieta nie potrafi sprostać przeszkodzie, którą co roku pokonuje olbrzymia liczba młodych ludzi? Durna walka, która trwa od 2, ciężkich dla mnie lat.
Frustracja opanowała mój umysł. Myśli błądzą i obijają się w głowie, ale tak ciężko mi je złożyć w całość. Siadam przed komputerem, otwieram znienawidzony folder, który kryje to, co udało się naskrobać w pocie czoła i...

nic.

Pustka, która paraliżuje i sprawia, że sekundy w mgnieniu oka skaczą w minuty, a te w godziny, po upływie których powinnam zapisać miliardy stron, które jednak okazują się czasem upływającym na niczym... Totalnym zmarnowaniem cennych chwil mojego pięknego młodego życia. (Dramatyczne to jak cholera. sic!)
Post z listopada był optymistyczny. Byłam wtedy szczerze naładowana pozytywnymi myślami, ale rozpłynęły się one gdzieś w końcoworocznej gonitwie.
Tak bardzo chcę być Moniszką, chcę nią żyć i tworzyć, ruszyć w końcu z miejsca, rozwijać się i realizować tych miliony planów z listy po..., ale obecny stan zawieszenia wydaje się być nie do opanowania...
A czas się kończy i zasób dni na dokończenie dzieła kurczy się zastraszająco szybko. 

Kopnij mnie w tyłek i zagoń do roboty. Znajdź i przesuń tę blokadę, która gdzieś się zatrzasnęła...
Ten stres mnie dobije...

Słyszysz jak krzyczę!?

środa, 31 grudnia 2014

Poświąteczne łosie

Dziś szalony dzień. Kuchnia - łazienka - kuchnia. Przekąski gotowe, gary pozmywane, uff...mam chwileczkę relaksu...
Śpieszę pokazać Wam łosie.
Świąteczna robota (babcia zawsze na mnie krzyczy, że w święta drutuję, ale ja mam taaaki relaks! ;)

Cieplutki komin grzeje i zdobi szyję brata mego rodzonego, jedynego :-) Podszyty miękkim polarem, jest boski!


Szampańskiej zabawy dziś! I do napisania jutro, szykuje się w głowie kilka przemyśleń noworocznych.

Kiss kiss!
M.




piątek, 21 listopada 2014

Szybki post, Mała i coś Moniszkowego

Pogoda byle jaka, włóczyć po mieście się Małej nie chce, zimno, szaro i ponuro. W domu się zaszyła, klepie w klawiaturę wytrwale i zawzięcie. Nikt się do niej nie odzywa, nikt nie rozprasza.
Niemal dwuletnia przygoda z pisaniem najcięższego dzieła w życiu biegnie do mety! Mała zacisnęła zębiska i mocno wierzy, że tym razem da radę. Widzi już nawet przebłysk światełka gdzieś w oddali!

Dalej Mała! Dasz radę!

Krótki to taki przerywnik, bo myśl o małym pościku nie daje spokoju i za głośno tupie w głowie, rozprasza ;-)
Prezent dla, nie tak dawno przywitanej na świecie, małej kobietki. Kołderko-mata, czy jak ją zwał.
Tadam!


Dobrego weekendu!
Zmotywowana, rozpisana, umęczona, M.
xoxo

wtorek, 21 października 2014

O tym, że zapomniałam jak bardzo lubię wystawy i gdzie zniknął mi miniony tydzień.

Dzień leci za dniem, czas goni jak szalony. Praca, miasto, dom, spanie, rozmowy, dużo rozmów! Przyjaciele, rodzina, to z nimi uwielbiam spędzać czas. W zeszłym tygodniu przypomniałam sobie, że ten wspólny czas można spędzić w ciekawy sposób inny jak kawa, obiad w mieście czy imprezki, których ostatnio nie brakuje w kalendarzu ;) A to za sprawą świetnego festiwalu, który odbywał się w mieście.


Kilka lat temu, gdy studencka głowa nie zaprzątnięta była jeszcze sprawami dnia codziennego, bywało, że wybierałam się na wystawy, wernisaże i taką tam, sztukę ;) To coś innego, niż kliknięcie w zakładkę Pinterest i nasycenie się milionem zdjęć. Galerie i miejsca, w których odbywają się takie wydarzenia mają swój klimat, oczy chłoną obrazy, niektórych prac możesz dotknąć, czujesz ich zapach, a od chodzenia i podziwiania bolą Cię nogi.


Jesienią w Łodzi odbywa się niezwykły festiwal. Łódź Design, bo o nim mowa wykradł mi dwa dni z minionego tygodnia :-) Cudownie, że można pójść z przyjaciółmi w ciekawe miejsce, dyskutować o sztuce, designie, chłonąć klimat wystaw.. Towarzyszyły mi Marysia i Gosia, obie kochające sztukę równie mocno jak ja ;) Do zwiedzenia były dwa centra festiwalowe. Podzieliłyśmy zatem wycieczkę na dwa popołudnia. Ominęłyśmy wykłady i wydarzenia towarzyszące wystawom, a dzięki temu, że wybrałyśmy się na festiwal w środku tygodnia, uniknęłyśmy tłumów i mogłyśmy w spokoju skupić się na oglądanych eksponatach. Tegoroczna odsłona festiwalu podobała mi się zdecydowanie bardziej niż ubiegłoroczna, a nawet zabrałam za sobą swój „zdecydowaniezbytrzadkoużywany” aparat i napstrykałam kilka zdjęć!
So enjoy it!







Ps. Zakochałam się z Art Inkubatorze. Kolejne świetne miejsce na mapie piękniejącej Łodzi, w którym udało się połączyć nowoczesność z pofabrycznym klimatem miejsca.


Buzi, buzi
M.

czwartek, 9 października 2014

Czy lubisz jesień tak jak ja?


Październik, chłodniejsze poranki, chustka na szyi, stukające zęby oznaczają jedno, Jesień! Jej energia mnie przenika. Czuję ją! Słyszę już nawet. Druty i szydła stukają w szufladzie. Rwą się do roboty. Moje maleństwa :-)
Pinterest zasypany już splotami, wzorami, a moja głowa pęka od nadmiaru pomysłów. Jak zawsze za dużo chciałabym zrobić. Hamuję się przed wkroczeniem we włóczkowy świat, bo wiem, że jak tylko przekroczę próg sklepu, czy klepnę odpowiednią zakładkę w przeglądarce, to kompletnie przepadnę… No świruska, mówię Wam! Przepuszczę wypłatę, jak bum cyk cyk!

Tyle nowych inspiracji, a ile nieskończonych projektów odłożonych z poprzednich sezonów!
Złapałam włóczkę, złapałam druty i jest zielona czapa, chociaż tyle... Moją będzie tej zimy.




Włóczka odnaleziona w składziku niewykorzystanych, wyciągnięta z mojego pudła bez dna. Mam takie, kryjące całkiem niezłe skarby... czuję, że w tym roku zapomniane włóczki odnajdą swoje przeznaczenie i zadrutuję je porządnie! ;-)

Ah, jesień! Szydło w dłoń!



Buziaki! I do szybkiego napisania!
M.

Ps. Czy Ty też lubisz jesień tak jak ja?

wtorek, 9 września 2014

Wrześniowa Panna



Ma w sobie magię, jak żaden inny.
Mój wrzesień.
Zdecydowanie najbardziej mój ze wszystkich znanych mi dwunastu miesięcy.
Nie przeszkadzają mi jego zimne poranki chłodzące kostki, ani deszcz przychodzący znienacka.
Upajam się za to, widokiem niesamowicie ciepłego, popołudniowego światła, które tylko o tej porze roku ma taką barwę.
Zachwyca mnie wschodzące słońce, które przebija się przez tajemniczą mgłę, która zjawia się nagle, gdy oddalam się od miasta.
Złocące się drzewa i pierwsze opadające liście cieszą, a słońce, świecące jeszcze dość mocno, pozwala wygrzać kości i nie parzy, jak to lipcowe, czy sierpniowe.

Choć lubię lato jak każdy i tęsknię za nim w zimowe mroźne dni, to zawsze po upałach i wakacyjnych szaleństwach czekam na mój miesiąc, schyłek lata i kroczącą nieśmiało z nim pod rękę jesień.
Towarzysząca im aura wycisza mnie i pozwala bardziej skupić na sobie.

Wrześniowa Panna. Tak, to ja!

Nie bez znaczenia jest fakt, że urodziłam się w tym miesiącu.
Jako maluch, zawsze przebierałam nóżkami czekając na Mój dzień, rozradowana, gotowa na niespodzianki, przyjęcie, gości i pyszne urodzinowe kanapki z owocami, które mama przyrządzała tylko z tej okazji. Później, też nie mogło się obyć bez hucznego świętowania.

Emocje.
Jesień ma dla mnie pełno niespodzianek. Przynosi dużo dobrego i zawsze stawia mnie przed ważnymi decyzjami. Motywuje i inspiruje. Jednak dwa lata temu mój szczęśliwy wrzesień mocno ze mnie zażartował… Utrata bliskiej osoby zmienia obraz świata.
Dziś jest ciężki dzień.  Zamyślona i tęskniąca tak, że niemal czuję zaciskające się serce, wędruję po wspomnieniach.  Łzy zbierają się w oczach i czuję, że zaraz spłyną po policzkach.
Czy kiedyś dziewiąty dniu września będziesz mniej smutny?

Za dwa dni mój dzień. Nie czekam już na niego tak jak dawniej, nie zależy mi na szaleństwach. Melancholijny nastrój znów zostanie ze mną na dłużej. Znów za mocno się wzruszę, gdy bliscy złożą życzenia. Znów za szybko zaszklą mi się oczy, ale nie ma na to rady, takie już ze mnie serduszko.

Emocje. Moja największa siła. Choć osiągają teraz najwyższy stan, nadal wierzę w moc jesieni. Najwięcej mnie w niej jest. Za chwilę kolory nasycą moje oczy, odurzę się zapachem mokrych liści i uśmiech znów nie będzie schodził mi z twarzy.
Wrześniowa Panna. Tak, to Ja! :-)



Ściskam mocno
M.

czwartek, 17 lipca 2014

Morze i Monia, morze i torba. Zdania zgubione w kilometrach



Zdania mi uciekają, choć tak bardzo chcę je zatrzymać i złożyć w całość!
Zawsze układają się w głowie i nabierają świadomości w chwilach, gdy ciężko je utrwalić, głównie gdy pędzę gdzieś i nie mam jak się zatrzymać, spisać, cokolwiek.
Rower, o którym pisałam kilka postów wstecz <Tu, tu> jest już na stałe wpisany w mój obraz :-) Gdy zaczynałam z nim tegoroczną przygodę, dawał mi porządny wycisk. Początek był ciężkawy, ale warto było zacisnąć zęby. Pędzę nim teraz po całym mieście, nie ogranicza mnie transport publiczny i co chwila biję kolejne swoje rekordy, bo ciągle za późno gramolę się z domu i pędzić muszę, mocniej pracować mięśniami, by dojechać na czas :-)
Powietrze owiewa mi twarz, słyszę swój szybki oddech, a w głowie kłębią się myśli. Rower je uwalnia i składa w te piękne zdania, co wywołują na mej twarzy uśmiech, których ja jednak nigdy nie napiszę, bo gubią się gdzieś w pokonywanych kilometrach...
Złoszczę się za to na siebie, ale widać tak to z tymi ulotnymi myślami już jest.

Siedzę więc tak teraz i sklejam zdania, wydaje się, że o niczym. Chciałabym o tym co mam w głowie, ale łatwo nie jest, bo ten kociołek tak ostatnio się mocno gotuje, że trochę kipi. Kipi, więc nieco z niego ucieka... Ciężko pisać, gdy fruwam oderwana od świata, a od niedawna tak właśnie sie czuję. Unoszę się lekko nad ziemią, ale dobrze mi tak, nie chcę opadać. Pogodne nastwienie do życia, uśmiech stale goszczący na twarzy i błyszczące oczy przyciągają dobrych ludzi, a takich chcę i całe szczęście znajduję przy sobie, gdy potrzebuję jeszcze więcej pozytywnej energii :)

Poza tym, że daję ostatnio na blogu upust nagromadzonym myślom mam dla Was dobrego newsa ;)
Pamiętacie Moniszkową marynarską torebkę? Jeśli nie, zerknijcie TU, lub na zdjęcia poniżej ;-) Nie tak dawno temu uczestniczyła w ślicznej sesji do wywiadu dla magazynu "Chasing Dreams", o którym pisałam TUTAJ. Magazyn doczekał się polskiej wersji, więc zainteresowanych zachęcam gorąco do lektury :-) Jest w nim masa inspiracji, a kto przeczyta to dzieło przezdolnych dziewczyn, z pewnością nie będzie się mógł doczekać kolejnego numeru tak samo jak ja :)


 
Ps. Torba ostatnio zabrała się ze mną na krótki morski wypad :-) Mieści wszystko co może znaleźć się w damskiej torebce + ręcznik na plażę i puszeczkę z zimnym napojem, co niezaprzeczalnie jest jej wielką zaletą ;-)


Całuję i ściskam
M.

niedziela, 15 czerwca 2014

Gubię się i wracam



Potrzeba tworzenia dobija się do mnie. Z początku  nieśmiało pukała, teraz wali do drzwi bez opamiętania...
Dni przeciekają mi przez palce gdy tak ciągle gdzieś się spieszę, robię milion rzeczy na raz, prostych, nie mających nic wspólnego z dziką mną. Wpadam nagle w jakąś nową przestrzeń, marnując na nią czas kompletnie tego nie zauważając, tracę wtedy na chwilę M. Tą eM, która siedzi we mnie, karmi się dobrą energią, łapie obrazy, dźwięki, minuty, sekundy i zapisuje je wszystkie w pamięci. Szuka natchnienia, chce doświadczać, chłonąć świat, by zaraz wykorzystać go w nowych pomysłach.

Biegnę tak, bez zadyszki, bez oglądania się za siebie i nagle, w jednej chwili coś mnie zatrzymuje. Dociera do mnie świadomość. Gubię się, by zaraz się odnaleźć. Poczucie marnowania czasu mnie dobija, staję i rozglądam się z niedowierzaniem. Mały niepokój na moment gości w sercu i każe łapać głęboki wdech. Uświadamiam sobie, że znów skręciłam z tej mojej polnej drogi i  ogarnia mnie poczucie, że tak bardzo chcę znów na nią wrócić...
Uspakajam się i dochodzę do siebie.
Codzienność zamiata w kąt niespokojną duszę, ale dobrze, że są dni takie jak ten, gdy wiatr znów ją rozwiewa i przypomina mi, czego tak na prawdę pragnę.

Puszczam więc muzykę, która mnie rozbudza. Słucham, piszę, myślę o projektach w mojej głowie, które czekają na dokończenie. Przypominam sobie te pozytywne emocje, których doświadczam na koncertach. Włączam ten, który mogłam przeżyć, przepełniony natchnieniem. Oh jak nie mogę wybaczyć sobie że odpuściłam dzisiejszą Florence....nakarmiłaby tę wygłodniałą eM.



I tak, zamiast ładować się dźwiękami uderzającymi w moje płuca, szaleć pod sceną i chłonąc natchnienie, słucham koncertu Florence przez telefon ;-)....
Siostra pamięta i dzwoni, by choć kilka minut, przez trzeszczące łącze poczuć tą energię...
Kamcia! Dziękuję! :*

Ciągle głodna M.